25 lipca 2010

Gdzie jest Garnek…

…czyli, jak to na Avangardzie było?

Fanty z AvangardyA było fajnie, nawet bardzo. Plan obejmował 6 godzin wszystkiego po trochu, wyszło ponad 7 a i to było za mało. Wylądowałem koło szkoły przed 10:00 a więc miałem czas by się zarejestrować i wkroczyć w, nieznany mi dotąd, świat konwentów. Pierwsze co mnie uderzyło to harmider, który towarzyszył mi przez cały pobyt. Nie było wprost miejsca gdzie byłoby na tyle cicho, by móc z kimkolwiek swobodnie porozmawiać. Druga rzecz to wprost komiczne zachowanie wszystkich konwentowiczów (w tym moje). Przy każdym spotkaniu odbywał się ten sam dziwny rytuał: najpierw obie strony lekko się pochylały, by dojrzeć napis na identyfikatorze, co przypominało ukłon przed pojedynkiem, by potem niemal wpaść sobie w ramiona, niczym dawno nie widziani przyjaciele. Tak internetowe znajomości dopełniały się w realu.

Steampunkowa pamiątkaPierwszą osobą, na którą wpadłem był Ramel pomagający przy stoisku Kuźni Gier. Po wymianie uprzejmości i krótkiej rozmowie wyruszyłem poszukać sal prelekcyjnych. Nie chcąc stracić całego dnia tylko na oficjalnych punktach programu wybrałem dwie: prezentację SWEPL i Monastyr 2.0. Na tej drugiej prelekcji poznałem Darkena i Neurocide’a. Pogadałem chwilę z Darkenem o TSOY i Monasyrze 2 i popędziłem dalej zwiedzać teren konwentu. Parokrotnie spotkałem się jeszcze z Ramelem aż wpadłem na Lucka otoczonego grupką fanów oraz graczy łaknących sesji w Wolsunga. Nie chcąc mu przeszkadzać w poszukiwaniach stołu do gry wypytałem go tylko o kolegę Garnka. Niestety na moje nieszczęście gdzieś przepadł. W poszukiwania Garnka zaangażowałem nawet Ramela prosząc o kontakt jakby go zlokalizował. Dostałem cynk, że najpewniej pojawi się w okolicach stoiska Kuźni. Czatowałem dobrą godzinę, przy okazji zwiedzając najdalsze zakątki szkoły, jednak na Garnka nie trafiłem. Trochę szkoda. Być może nawet go parokrotnie minąłem nawet o tym nie wiedząc. Pocieszyłem się tylko drobnym zakupem.

Karta mojej postaciPrócz Garnka nie udało mi się zlokalizować tylko Gertruda (Trójca) i Virusa (Virus?), ale tę krótką wizytę mógłbym zaliczyć do w miarę udanych, gdyby nie jeszcze jedno wydarzenie. Trafiłem na trzech miłych panów, którzy szukali czwartego do partyjki RPG. No i dopadło nas to co i Luckową kompanię, czyli poszukiwania stołu do gry. Jedyną rzeczą, którą można byłoby zarzucić organizatorom (a czego nie robię bo i tak było super), były drobne zmiany w programie i rozplanowaniu sal a wszystko przez remont szkoły. Mianowicie stoły do RPG miały znajdować się na piętrze bloku, do którego w żaden sposób nie było dojścia. Po godzinie poszukiwań wreszcie znaleźliśmy coś wolnego pod ziemią. Jednak gwar był na tyle uporczywy, że nasz stolik wędrował jeszcze kilka minut po labiryncie podziemnych korytarzy. Kiedy już znaleźliśmy dostatecznie spokojne miejsce by móc usłyszeć swój głos zaczęliśmy grę.

W co graliśmy? W miniaturę fabularną (nie, nie moją) pod tytułem FRENZY: Fast Action. Gra autorstwa Gregora Huttona i W.E. Worthey’a liczyła tylko 8 stron ale miała niesamowicie wykręconą mechanikę na k100. Już dla samego konceptu warto było spróbować swych sił. Naszym settingiem było San Francisko a my należeliśmy do lokalnej Triady (chińskiej mafii). Ja wcieliłem się w postać chciwego i cwanego adwokata mafiosów. Dwóch moich kompanów wybrało sobie bardziej heroiczne archetypy: płatnej zabójczyni i bramkarza w nocnym klubie. Mniejsza o to co się działo, choć improwizowana przygoda zapowiadała się całkiem interesująco. W każdym razie zepsułem innym całą zabawę swym nagannym zachowaniem. Co chwilę mój telefon przerywał rozmowę i nawet podziemie, w którym graliśmy nie było w stanie go zagłuszyć. Wesoła kompaniaPo 17:00 gdy gra rozkręciła się w najlepsze dostałem wiadomość, że musze już jechać. Ehhh… gdyby nie to, że byłem uzależniony od podwózki zostałbym do końca. Wybaczcie chłopaki. Dokończymy za rok. ;) Na zakończenie mojego pobytu cyknąłem pamiątkową fotkę. Dla Was drodzy czytelnicy zadanie rozszyfrować, kto ze mną grał?

Widzimy sie za rok. Może tym razem na dłużej i z własnym programem. Wszystkich, których pominąłem w powyższej relacji przepraszam. Jeszcze nie ochłonąłem po imprezie. Jakby co piszcie.

11 komentarzy:

  1. Od lewej:

    1.Darken!

    2.Nie wiem... Ale twarz jakoś pasuje do ja-prozaca, choć jego nigdy nie widziałem.

    3.?

    OdpowiedzUsuń
  2. A, to tak ten mołojec wygląda. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "zdjęcie wygląda jak z więzienia" słowa nie moje, ale pierwsze po zobaczeniu tego zdjęcia. Dalej coś było o Dr... ale nie będę cytował.
    Gratuluję udanego weekendu - szkoda że mnie tam nie było.

    OdpowiedzUsuń
  4. Też to zauważyłem po opublikowaniu ale uznałem, że pasuje to do klimatu gangsterskiej sesji. W każdym razie będę mógł chwalić się kumplami z paki. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za sesję. Pal licho komórę, nie przeszkadzało mi to wcale - oprócz oczywiście ostateniego sms'a który zmusił Cię do przerwania gry.

    Sorki za nie odpisanie na twojego sms - tak, graliśmy dalej. Był niezły syf zarówno u postaci Hajdemaki jak i mojej, przy czym chyba ja się bardziej przejmowałem czynami swojej postaci. No ale postać Hajdemaki, chińska zabójczyni była Extreme!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dopiero po wysłaniu esa się zorientowałem, ze jak gracie to mi nie odpiszesz wiec pomyślałem, że gracie i jak widać miałem rację. :) Nie mogę doczekać się kolejnego razu bo myślałem, że już kompletnie zardzewieję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, szkoda żeśmy się przegapili! Znając życie, siedziałem w piwnicy i prowadziłem Wolsunga :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja też siedziałem w piwnicy z wesołą kompanią i graliśmy w FRENZY. Może nawet sobie przeszkadzaliśmy nawet nie wiedząc o tym. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej, komorka jak to komorka, od tego jest by dzwonila. Szkoda, ze nie zagralismy do konca razem, moja Extreme Sado-Maso Killerka o maly wlos potrzebowalaby adwokata :D

    Darken - moja postac byla Extreme bo to Fast Action RPG, a nie Slow Emo RPG ;) :P

    Za rok gramy Meksykancami.

    OdpowiedzUsuń