…czyli, jak to na Avangardzie było?
A było fajnie, nawet bardzo. Plan obejmował 6 godzin wszystkiego po trochu, wyszło ponad 7 a i to było za mało. Wylądowałem koło szkoły przed 10:00 a więc miałem czas by się zarejestrować i wkroczyć w, nieznany mi dotąd, świat konwentów. Pierwsze co mnie uderzyło to harmider, który towarzyszył mi przez cały pobyt. Nie było wprost miejsca gdzie byłoby na tyle cicho, by móc z kimkolwiek swobodnie porozmawiać. Druga rzecz to wprost komiczne zachowanie wszystkich konwentowiczów (w tym moje). Przy każdym spotkaniu odbywał się ten sam dziwny rytuał: najpierw obie strony lekko się pochylały, by dojrzeć napis na identyfikatorze, co przypominało ukłon przed pojedynkiem, by potem niemal wpaść sobie w ramiona, niczym dawno nie widziani przyjaciele. Tak internetowe znajomości dopełniały się w realu.