- Majorze kapsuła w połowie pełna.
"Mam ponad 40 lat i wciąż się czuję nagi." Zamek kombinezonu, jak zwykle zaciął się w okolicach mostka.
- Dziękuję sierżancie, zaraz będę gotowy. - Dopiął zamek, lustrując zawartości służbowej szafki, niezgrabnie wygładził okrywający go piankowy kostium. "Poprawka, w tym stroju jestem nagi". W kącie oka zamajaczyła ciemna sylwetka czekającego nań sierżanta. - Drugi pilot gotowy? - W polietylenowej powierzchni stojącego na półeczce zdjęcia wychwycił odbicie zmęczonych oczu. "No, przecież nie masz się czego wstydzić".
- Za trzy minuty będzie gotowy, Sir.
08 kwietnia 2010
Dziewiczy lot
06 kwietnia 2010
Rzut okiem… konkretniej
Jak w każdą niedzielę (wczoraj był poniedziałek) przed pracą, miałem napad czarnych myśli. Zawsze wtedy uciekam w świat fantazji, razem z jakąś książką lub podręcznikiem. Dzięki temu mam dziesiątki rozmaitych zakładek powtykanych w dziwne miejsca w książkach, których nie zdołałem w niedzielny wieczór doczytać. Taki los dosięgną: Burning Wheel, Głową w mur, BRP, Jesienną gawędę i wiele innych. Cały czas są w permanentnym stadium czytania. Są jednak i podręczniki, które przeczytałem raz, drugi a nawet trzeci.
03 kwietnia 2010
Komitet
Z pomiędzy z sykiem rozsuwających się grodzi, do windy powoli napływało gazowe światło świetlówek, leniwie odbijając się od lśniącej powierzchni oficerskich butów. Wraz z niezdrowym blaskiem w nozdrza uderzył zapach stacji - mieszanka smaru, ozonu i kosmicznej kawy - ulubionego napoju każdego niemal technika między Merkurym a Jowiszem. Przyrządzanego z przepalanej mieszanki odżywczej i zanieczyszczonej smarami wody z przewodów chłodzących. Szlachetne oficerskie oblicze przeciął grymas obrzydzenia. Po raz setny ,pod sztywnym od krochmalu mundurem, zabrzmiało pytanie – "Dlaczego tu jestem?" Gdy grawitacyjne kratownice, zrównały się z podłogą widny, metalowe ściany trzeciego ciągu komunikacyjnego 24 stacji kosmicznej zadźwięczały sztywnym krokiem, oficerskich butów, chrzęstem prężącego się wartownika i cichym parsknięciem, koczujących przy windzie techników.
02 kwietnia 2010
Obywatel K356
Nazywam się K356, koledzy wołają na mnie Robert. Swych naturalnych rodziców nie znam. Moje pierwsze wspomnienie to uśmiechnięta twarz zajmującej się naszą partią oddziałowej. Długo jej obraz kojarzyłem z rodzinnym domem - głupie to wiem przecież nikt na Marsie nie ma takiego czegoś jak rodzinny dom, nikt nie zna swych rodziców. Rodzimy się z numerem partii zapłodnionych jajeczek, swój oddział traktujemy jak rodzeństwo a ordynatora za ojca rodziny. No na jedno nie możemy narzekać - ilość matek. Dawniej na Ziemi mogłeś mieć jedną a jak miałeś szczęście dwie, trzy. Ja, za to jak próbowałem je zliczyć doszedłem do 30. Nieważne, przecież każda matka kocha tak samo - tak mówią...